Od lat osiemdziesiątych po czasy starożytne, czyli nowe książki

czas-mocy_plakatPolska, połowa lat osiemdziesiątych. To czas kryzysu i strachu przed wojną atomową, ale – z drugiej strony – także pora nowych rozrywek: gigantycznej popularności listy przebojów radiowej Trójki oraz szału na komputery Atari i kasety wideo. W tym okresie pewne miasto na Mazurach nieoczekiwanie staje się areną dziwnych wydarzeń rodem z filmu sensacyjnego.

W ich centrum znajdzie się grupka nastolatków zakochanych w Gwiezdnych wojnach, którzy muszą nagle i szybko dorosnąć. Ich rodziny przechodzą ciężkie chwile, a gra toczy się nie tylko o ludzkie życie, lecz także o losy świata znajdującego się na krawędzi totalnej zagłady!

Jak napisał jeden z recenzentów, Czas mocy to powieść łącząca fenomeny Kapitana Żbika oraz Stranger Things. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej – zapraszam na oficjalną stronę książki oraz na FB.

Weglowski_Wieki-bezwstydu_500pcxWielu z nas starożytność kojarzy się z czasami, gdy nie znano wstydu. Wyobrażamy sobie, że ówczesni ludzie swobodnie podchodzili do spraw seksu, byli tolerancyjni, przyzwyczajeni do nagości, otoczeni zmysłowymi dziełami sztuki. To jednak mity. Antyczni Grecy i Rzymianie byli restrykcyjni, nietolerancyjni, a szczególnie cierpiały z tego powodu kobiety.

Co więcej, gdyby starożytni Ateńczycy przenieśli się w nasze czasy, wzięliby nas za bezwstydników! Bo jak możemy tolerować, że zakochani całują się na ulicach? Dlaczego kobiety chodzą same po ulicach, uprawiają sport, chadzają do teatru? Jak małżonkowie mogą sobie okazywać czułość w miejscach publicznych?

Wieki bezwstydu zabierają Czytelników w wycieczkę do świata odległego i egzotycznego niczym inna planeta. Pokazują, jak wiele się zmieniło, ale też – że możemy powielać błędy Greków i Rzymian…

 

Reklamy

W Książu o zamachu na Statuę Wolności

20170813_111955

W weekend 11–12 sierpnia trudno o bardziej intrygującą imprezę niż VI Dolnośląski Festiwal Tajemnic na Zamku Książ. W niedzielę o 11:30 będę miał przyjemność opowiadać tam o „Zamachu na Statuę Wolności”.

30 lipca 1916 roku niemieccy sabotażyści doprowadzili do gigantycznej eksplozji magazynów amunicji na wyspie koło Nowego Jorku, a skalę tej katastrofy porównać można tylko z zamachami z 11 września 2001 r. Sprawę wyjaśniono dopiero po latach. W roku 1916 tylko podejrzewano, że stoją za nią służby niemieckie. Podejrzenie to – wraz z innymi agresywnymi poczynaniami Niemców – przyczyniło się jednak do podjęcia przez Waszyngton decyzji o przystąpieniu do I wojny światowej.

Ciekawe, że tropy w sprawie wspomnianych sabotażystów prowadzą do dwóch niemieckich agentów pochodzących z Wielkopolski. Ślady ich zamachu wciąż są widoczne – to po wybuchu z 1916 roku zakazano turystom wchodzenia na taras widokowy w zniczu Statui Wolności, którego konstrukcja została naruszona. Zaś działania sabotażowe niemieckiej siatki w USA miały swoją kontynuację w obliczu II wojny światowej. Wiąże się z nimi sprawa tajemniczego amerykańskiego depozytu złota Trzeciej Rzeszy, do którego ma prowadzić przedziwny szyfr znany jako Mapa Lue.

Jednym zdaniem: wszystko, co tygrysy lubią najbardziej! Zapraszam.

Gladiatorzy i tyrani

gladiator1

Pomagając w przygotowaniu cyklu materiałów o gladiatorach do najnowszego Focusa Historia, przypomniałem sobie film Ridleya Scotta – tyleż widowiskowy, co bałamutny. Gladiator (2000) to kawał rozrywkowego kina, jednakże pełen istotnych historycznych przeinaczeń. Począwszy od okoliczności zgonu cesarza Marka Aureliusza, po śmierć jego następcy Kommodusa na arenie.

Poza tym Scott, reżyser erudyta, nie byłby sobą, gdyby nie przemycił przy okazji nawiązań do klasyki kinematografii. Liczne kadry, wręcz całe sekwencje Gladiatora są odbiciem słynnego Triumfu woli – nazistowskiego filmu propagandowego wyreżyserowanego przez Leni Riefenstahl. Porównanie cesarza Kommodusa do Hitlera to dosyć odważny zabieg. Wygląda efektownie, lecz pusto. Jest zbytnim uproszczeniem – nawet jeśli obaj byli despotami. Hitler zaprowadził tyranię, dochodząc do władzy drogą demokratyczną. Kommodus zaś to jeden z kilku krwawych szaleńców, którzy władali bezwzględną i ekspansywną monarchią, jaką było Imperium Romanum. Nawet jeśli Hitlerowi marzyło się imperium na miarę rzymskiego, porównanie jest zbyt dalekie. No i, skoro już była mowa o gladiatorach, wódz Trzeciej Rzeszy nigdy nie stawał do boju na arenie, jak Kommodus (przez to zamiłowanie do walk plotkowano nawet, że  prawdziwym ojcem cesarza był nie Marek Aureliusz, lecz pewien gladiator). Nie, Hitler nie zabijał własnoręcznie; wysyłał miliony na śmierć swoimi rozkazami.

A że orły hitlerowskie podobne do rzymskich? Koloseum też przypomina stadiony piłkarskie, a przecież na tych ostatnich bawimy się bezkrwawo.

Dwa bieguny zwiedzania

Malbork a Szaniec

Kilka dni temu miałem okazję pokazać gościom z zagranicy dwa niezwykłe historyczne miejsca: Wilczy Szaniec oraz Malbork. I były to (niestety) dwa bieguny zwiedzania. W Wilczym Szańcu świat jakby stanął w miejscu wiele lat temu. Siermiężna infrastruktura, rozpaczliwe rozglądanie się za odpowiednim przewodnikiem, informacje dla zwiedzających ograniczające się do kilku plansz… To może wystarczyć dla grupy siwych jak gołąbki turystów z Niemiec, ale niekoniecznie np. dla młodych Amerykanów. A przecież Wilczy Szaniec to miejsce fascynujące, znane z książek i filmów. Miejsce – dla wielu turystów z zagranicy –  wciąż nieodkryte.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Malborku. Poza wielką planszą z robiącym wrażenie zdjęciem pokazującym zamek po drugowojennych zniszczeniach, turyści dowiadują się wszystkiego z wygodnego audioprzewodnika, automatycznie włączającego się w konkretnych miejscach i zachęcającego do wnikliwego zwiedzania. I o to chodzi! Brakowało może tylko wyraźnego oznaczenia na mapie, jakie są naprawdę najważniejsze i najcenniejsze elementy kompleksu zamkowego, „must-see” dla turystów.

Ktoś powie, że w porównaniu z Malborkiem, w Wilczym Szańcu niewiele jest do zwiedzania. Mniej na pewno, ale wcale nie tak mało. Trzeba to tylko pomysłowo zaprezentować. Turyści odwiedzający np. antyczne ruiny w Rzymie czy miastach greckich, mogą korzystać z programów na tablety i smartfony pokazujących, jak wyglądało dane miejsce w czasach świetności. Dlaczego w Wilczym Szańcu nie można zobaczyć fachowej rekonstrukcji tego kompleksu oraz okoliczności najsłynniejszego zamachu na Hitlera? Żeby była jasność: nie chodzi o zamienianie tego miejsca w jakiś nazistowski Disneyland, tylko o pełne pokazanie znaczenia i grozy kwatery głównej przywódcy III Rzeszy.

Może Lasy Państwowe, które opiekują się Wilczym Szańcem, pójdą po rozum do głowy i nieco zainwestują w obiekt, który naprawdę mógłby przekazać ważne historyczne treści i przyciągnąć miliony turystów?

Światło na czarownice

DSC05696

Jak wyglądały polowania na czarownice w Polsce? Czy da się je porównać z wręcz histerią, która opanowała Zachód począwszy od XV wieku? Gdzie w Polsce po raz pierwszy spalono „czarownicę” na stosie? Co zarzucano podejrzanym, jak wyglądały procesy i czy na ławie oskarżonych zasiadali również mężczyźni? O tym wszystkim oraz o innych przerażających wydarzeniach z przeszłości związanych z czarodziejstwem dowiecie się z mojego rozrastającego się cyklu  na internetowej stronie „Przekroju”. Zapraszam do lektury! Przyda się rzucić więcej światła na sprawę czarów w Polsce – zwięźle i ciekawie, a bez epatowania okrucieństwem…

Ból kości

IMG_20170907_160923 - Kopia

Czy familijne gry planszowe muszą być takie grzeczne i uładzone? Głupie pytanie. Pewnie, że muszą, bo inaczej przestałyby być „familijne”. Jednak czasem korci mnie, żeby dodać coś niepokojącego. Weźmy gry ze średniowiecznym tłem. Gdyby tak w „Carcassonne” ogłaszano krucjatę, na którą gracze musieliby oddelegować kilka swoich pionków – czyli bezpowrotnie traciliby część swoich ludzi? A może w „Tajemnicy opactwa” mnich, który najczęściej zaglądał do zakazanych ksiąg i najrzadziej bywał u spowiedzi, powinien bać się spalenia na stosie? Zaś w „Osadnikach z Catanu” gracz, który dwa razy z rzędu użył zbójów, traciłby wszystkie dobra trzymane na ręku i na kolejkę lądował w lochu?

Wiem, przepisów nie zmienia się ot, tak sobie. Przecież ktoś spędził dziesiątki godzin nad ich wymyślaniem. Czasem jednak chciałoby się zrobić na planszy małą „jesień średniowiecza” (w sensie tarantinowskim). Inna sprawa, że gdy parę lat temu kupiłem „Rattusa” – planszówkę o walce z zarazą w XIV-wiecznej Europie – nie miałem z kim w nią grać, bo towarzystwu wydawała się za posępna. I bądź tu człowieku mądry.

O bzdurności rankingów

DSC02992

Zamiast w majówkę relaksować się na świeżym powietrzu, wypatrzyłem na pewnym telewizyjnym kanale muzycznym ranking 100 najlepszych zespołów w historii. Połknąłem haczyk. Program z teledyskami trwał już parę godzin, a włączyłem go akurat w takim momencie, że ujrzałem w akcji grupę Led Zeppelin – poza pierwszą dwudziestką listy! Zdębiałem, a potem szybko wyłączyłem telewizor, jakbym bał się, że zaraz wybuchnie.

Musiałem odetchnąć na zewnątrz.

Kiedy wróciłem do siebie, nabrałem odwagi, by zerknąć na stronę internetową owej stacji muzycznej i sprawdzić spisane pełne notowanie feralnej listy. Okazało się, że niewiele wyżej od Led Zeppelin sklasyfikowano tam samych The Beatles, a wyprzedziły ich takie tuzy jak Modern Talking, Scorpions czy Bon Jovi! Zacząłem zastanawiać się, w czym są lepsze te gwiazdy. W liczbie sprzedanych płyt? Nie. W liczbie wylansowanych przebojów? Wolne żarty. W talentach muzyków? Skądże. To może chociaż w wielości wywoływanych skandali? Także pudło.

I tak doszedłem do wniosku, że we wszelkich rankingach najistotniejsze jest, na jakiej podstawie je tworzono. Szkoda, że częstokroć właśnie ta informacja jest najmniej widoczna. Ktoś powie, że się czepiam, bo to przecież tylko ranking cholernych zespołów, a o gustach się nie dyskutuje. Lecz przecież jakiś dzieciak z gitarą mógłby potraktować tę ściemę całkiem poważnie jako historię dziejów rocka i popu. I pomyślałby, że w tym muzycznym Parku Jurajskim żuki z Liverpoolu chowały się przed niemieckimi skorpionami, a bezzębne dinozaury znaczyły więcej od T. rexów.