Uwaga, giną słonie!

100_4114

„Kiedy dawno temu pojawili się tu Portugalczycy i zaczęli skupować kość słoniową, zwróciło ich uwagę, że Afrykanie nie mają tej kości zbyt dużo. Dlaczego? Przecież kły są materiałem bardzo odpornym i trwałym, więc skoro trudno im upolować żywego słonia,  niechże zabiorą kły słoniom, które dawniej padły i leżą nieżywe” – opowiadał lekarz z Afryki reporterowi Ryszardowi Kapuścińskiemu w książce Heban. – „W odpowiedzi usłyszeli rzecz zdumiewającą: że martwych słoni nie ma, że nie ma ich cmentarzy. To była zagadka, która zaczęła Portugalczyków intrygować”.

Jakie było wytłumaczenie? Afrykańczycy wierzyli, że na dnie jezior znajdują się cmentarzyska słoni, wielkie wiekowe nekropolie: „Kiedy stary, zmęczony słoń nie mógł już unieść trąby, żeby napić się, musiał coraz dalej wchodzić do jeziora. Jego nogi grzęzły w mule głębiej i głębiej. Jezioro wciągało go do swojego przepastnego wnętrza”…

Ta legenda, wspomniana przez Kapuścińskiego, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, chociaż faktycznie słonie zwykły opiekować się szczątkami zmarłych pobratymców. Można powiedzieć, że mają wręcz własne „rytuały pogrzebowe”. Kolejny powód, by były nam, ludziom, bliskie. Niestety, słoni jest coraz mniej, z różnych przyczyn. Na dodatek ostatnio dosięgła je tajemnicza epidemia. Naukowcy są, póki co, bezradni. Co się dzieje? Czyżby jakiś wirus? Przeczytaj, co wiemy.

Labirynt Stanisława Augusta

btrhdr

Przy okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja zawsze wraca temat króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Bo przecież pozostały po nim nie tylko Łazienki (na zdjęciu), obiady czwartkowe i opowieści o romansie z Katarzyną Wielką. Czy był patriotą, aczkolwiek bardzo ostrożnie mierzącym siły na zamiary, czy też naiwnym pięknoduchem i marionetką carycy? Przy tej okazji sięgnąłem do swojego archiwum i polecam kilka arcyciekawych materiałów: 1) wywiad o walce konfederatów barskich przeciw królowi wybranemu z rosyjskim poparciem; 2) wyjaśnienie, jak miała wyglądać inspirowana przez ruch masoński Świątyni Opatrzności (Stanisław August wmurował jej kamień węgielny w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji); 3) artykuł o zapomnianym władcy, który według Konstytucji miał objąć polski tron po Poniatowskim. Życzę ciekawej lektury!

Znak zwycięstwa nad Berlinem

MINOLTA DIGITAL CAMERA

Czy to Janek Kos z kolegami z Rudego 102 wywiesił flagę nad Berlinem 75 lat temu? Nie. Czy Polacy w ogóle wywiesili swój sztandar na budynku Reichstagu? A może biało-czerwona znalazła się na słynnej berlińskiej Kolumnie Zwycięstwa (zdjęcie powyżej) 2 maja 1945 roku? Kiedyś, lata temu, kilkakrotnie zajmowałem się tym tematem. Rozmawiałem m.in. z sędziwym weteranem Antonim Jabłońskim. »Byliśmy na Kolumnie Zwycięstwa w piątkę« – opowiadał mi w wywiadzie. – »Służyłem w artylerii, na radiostacji, przy kierowaniu ogniem. Kiedy weszliśmy tam pierwszy raz, to jeszcze niemieckie działa biły i leciały pociski. Godzina druga w nocy, maj, ciemno. Weszliśmy w głąb niemieckich pozycji. Patrzymy; stoi tam wieża jakaś. (…) Na wieży widać zaś tego anioła, postawionego na znak zwycięstwa. A wysokości miał chyba przeszło trzy metry. Mieliśmy płachtę, którą rozkładaliśmy obok, żeby nasze samoloty nas nie bombardowały. Czerwono-białą, trzy na trzy. Drzewce wycięliśmy w parku, obok kolumny. Płachtę przyszyliśmy do niego tym niemieckim kablem, który leciał po schodach kolumny. Weszliśmy w piątkę na wieżę, do tego anioła. Do jego ręki uczepiliśmy tę płachtę na drzewcu”.

Co ciekawe po wojnie przez lata nie wspominano w PRL o tym wydarzeniu, jakby nie liczył się wysiłek polskich żołnierzy, a tylko radzieckich. Potem z kolei krążyły niestworzone historie o strzelaninie między Polakami a czerwonarmistami przy zawieszaniu naszej flagi w innym miejscu, na Reichstagu.  To, że doszło do jakiegoś nieporozumienia potwierdzały polskie żołnierki, które były wówczas w Berlinie.

Jaka jest prawda? Na pewno ciekawe jest już samo jej odsłanianie. Czasem trzeba lat, by wyszła na jaw. W końcu tak było ze słynnym zdjęciem czerwonoarmistów zawieszających czerwony sztandar na Reichstagu. Dziś wiadomo, że radzieckie władze wielokrotnie manipulowały tą historią… 

 

Mazurskie dramaty

Mazurskie dramaty

Za każdym razem, gdy oglądam w telewizji ekranizację Potopu, irytuje mnie wyprawa Kmicica z Tatarami przysłanymi na służbę Rzeczypospolitej. Jej kulminacją była bitwa pod Prostkami 8 października 1656 r. Zwycięstwo zwycięstwem, ja zastanawiam się nad tym, co działo się dalej. Czyli nad tym, czego widzom i czytelnikom Potopu oszczędzono, a co wydarzyło się kilkanaście kilometrów od miejsca bitwy: w Ełku i okolicach.

Ełk był wówczas częścią Prus Książęcych, które pozostawiły Rzeczpospolitą i stanęły po stronie szwedzkich agresorów. W tej sytuacji król Jan Kazimierz wysłał na teren Mazur wyprawę karną z udziałem Tatarów. Z tym, że Andrzej Kmicic naprawdę nazywał się Gabriel Wojniłłowicz. I wcale nie musiał stoczyć pojedynku z księciem Bogusławem Radziwiłłem po bitwie pod Prostkami. I nie trzymał ordyńców w ryzach, lecz pozwalał im łupić, ile wlezie. Nic dziwnego, że Tatarzy rzucili się na pobliski Ełk, na tzw. „polskie starostwa” Prus. Tak pisałem o tym kiedyś dla Tygodnika Powszechnego (nr z 04.10.2011):

„Wojska Subchana Ghazi Agi złupiły głównie starostwo ełckie, oleckie i piskie. Najbardziej ucierpiało to pierwsze. Spośród 7 tysięcy ludzi, wziętych w jasyr w ciągu kilku dni po bitwie, to stamtąd pochodziło prawie 3 tysiące. Byłoby jeszcze więcej, gdyby nie to, że w samym Ełku część ludności skryła się na zamku. (…) Ale nie wszyscy mieszkańcy Mazur mieli tyle szczęścia. Kilkuset cywili zginęło, dochodziło też do spektakularnych okrucieństw. Nabijano ludzi na pal i żywcem palono. W kościołach, podczas kazań, mordowano duchownych i wiernych. Co istotne, Tatarzy puszczali z dymem świątynie protestanckie, a starali się oszczędzać katolickie. To, że najbardziej niszczyli obszar, znany jako »polskie starostwa« nikogo już nie obchodziło. To nie język ani nazwisko stało się wyznacznikiem polskości, lecz wiara katolicka”.

Po prostu inaczej postrzegano wówczas te sprawy niż dzisiaj. Nikt także nie protestował, gdy Tatarzy pędzili te tysiące wziętych do niewoli ludzi, mówiących po polsku, przez ziemie Rzeczpospolitej. Ordyńcy w najlepsze (i zgodnie z umową, wedle której wysłali wsparcie dla Jana Kazimierza) zabrali ich tysiąc kilometrów dalej na południe, do Budziaku i na Krym, na targi niewolników.

„Pewien Tatar wspominał w Księdze podróży Eweliji Czelebiego, że choć był biedny, to dostał w udziale »aż siedem dziewek i trzech pachołków«. W jasyr trafili Kobylińscy, Sokołowscy, Glińscy… Mnóstwo polskich nazwisk. Mężowie, dzieci, rodziny. (…) Warto zwrócić uwagę, że jeńców brali i sprzedawali nie tylko Tatarzy. Późniejszy wojewoda witebski Jan Antoni Chrapowicki wspominał w swoim Diariuszu: »Od dragona kupiłem Prusaczka, chłopka Jaśka z ryńskiego powiatu, spod Ełku, od naszych wziętego«. Na teren Prus wtargnęły też samorzutnie grupy szlachty z Mazowsza. Zdarzało się, że Tatarom pomagali nawet miejscowi »ochotnicy«. Poza stratą kilku tysięcy ludzi, wziętych w jasyr, i kilkuset zabitych cywilów, »polskie starostwa« ucierpiały w jeszcze jeden sposób. W zniszczonym regionie zaczęły się szerzyć epidemie i głód. Według historyka Maxa Toeppena w ich wyniku umrzeć mogło nawet osiemdziesiąt tysięcy ludzi”.

I ledwie minęło pięćdziesiąt lat, a Ełk i całe Mazury dotknęła jeszcze straszniejsza tragedia: wielka epidemia dżumy (czytaj tutaj). Drugi tak tragiczny okres miasto przeżyło tylko w XX wieku, gdy ucierpiało podczas obu wojen światowych.

Na zdjęciu: kościół w Miłkach. To najstarsza, bo postawiona w XV wieku, zachowana świątynia na Mazurach. Jednak z tamtej epoki przetrwało tylko prezbiterium, ponieważ resztę spalili właśnie Tatarzy w 1656 roku.