Mazurskie dramaty

Mazurskie dramaty

Za każdym razem, gdy oglądam w telewizji ekranizację Potopu, irytuje mnie wyprawa Kmicica z Tatarami przysłanymi na służbę Rzeczypospolitej. Jej kulminacją była bitwa pod Prostkami 8 października 1656 r. Zwycięstwo zwycięstwem, ja zastanawiam się nad tym, co działo się dalej. Czyli nad tym, czego widzom i czytelnikom Potopu oszczędzono, a co wydarzyło się kilkanaście kilometrów od miejsca bitwy: w Ełku i okolicach.

Ełk był wówczas częścią Prus Książęcych, które pozostawiły Rzeczpospolitą i stanęły po stronie szwedzkich agresorów. W tej sytuacji król Jan Kazimierz wysłał na teren Mazur wyprawę karną z udziałem Tatarów. Z tym, że Andrzej Kmicic naprawdę nazywał się Gabriel Wojniłłowicz. I wcale nie musiał stoczyć pojedynku z księciem Bogusławem Radziwiłłem po bitwie pod Prostkami. I nie trzymał ordyńców w ryzach, lecz pozwalał im łupić, ile wlezie. Nic dziwnego, że Tatarzy rzucili się na pobliski Ełk, na tzw. „polskie starostwa” Prus. Tak pisałem o tym kiedyś dla Tygodnika Powszechnego (nr z 04.10.2011):

„Wojska Subchana Ghazi Agi złupiły głównie starostwo ełckie, oleckie i piskie. Najbardziej ucierpiało to pierwsze. Spośród 7 tysięcy ludzi, wziętych w jasyr w ciągu kilku dni po bitwie, to stamtąd pochodziło prawie 3 tysiące. Byłoby jeszcze więcej, gdyby nie to, że w samym Ełku część ludności skryła się na zamku. (…) Ale nie wszyscy mieszkańcy Mazur mieli tyle szczęścia. Kilkuset cywili zginęło, dochodziło też do spektakularnych okrucieństw. Nabijano ludzi na pal i żywcem palono. W kościołach, podczas kazań, mordowano duchownych i wiernych. Co istotne, Tatarzy puszczali z dymem świątynie protestanckie, a starali się oszczędzać katolickie. To, że najbardziej niszczyli obszar, znany jako »polskie starostwa« nikogo już nie obchodziło. To nie język ani nazwisko stało się wyznacznikiem polskości, lecz wiara katolicka”.

Po prostu inaczej postrzegano wówczas te sprawy niż dzisiaj. Nikt także nie protestował, gdy Tatarzy pędzili te tysiące wziętych do niewoli ludzi, mówiących po polsku, przez ziemie Rzeczpospolitej. Ordyńcy w najlepsze (i zgodnie z umową, wedle której wysłali wsparcie dla Jana Kazimierza) zabrali ich tysiąc kilometrów dalej na południe, do Budziaku i na Krym, na targi niewolników.

„Pewien Tatar wspominał w Księdze podróży Eweliji Czelebiego, że choć był biedny, to dostał w udziale »aż siedem dziewek i trzech pachołków«. W jasyr trafili Kobylińscy, Sokołowscy, Glińscy… Mnóstwo polskich nazwisk. Mężowie, dzieci, rodziny. (…) Warto zwrócić uwagę, że jeńców brali i sprzedawali nie tylko Tatarzy. Późniejszy wojewoda witebski Jan Antoni Chrapowicki wspominał w swoim Diariuszu: »Od dragona kupiłem Prusaczka, chłopka Jaśka z ryńskiego powiatu, spod Ełku, od naszych wziętego«. Na teren Prus wtargnęły też samorzutnie grupy szlachty z Mazowsza. Zdarzało się, że Tatarom pomagali nawet miejscowi »ochotnicy«. Poza stratą kilku tysięcy ludzi, wziętych w jasyr, i kilkuset zabitych cywilów, »polskie starostwa« ucierpiały w jeszcze jeden sposób. W zniszczonym regionie zaczęły się szerzyć epidemie i głód. Według historyka Maxa Toeppena w ich wyniku umrzeć mogło nawet osiemdziesiąt tysięcy ludzi”.

I ledwie minęło pięćdziesiąt lat, a Ełk i całe Mazury dotknęła jeszcze straszniejsza tragedia: wielka epidemia dżumy (czytaj tutaj). Drugi tak tragiczny okres miasto przeżyło tylko w XX wieku, gdy ucierpiało podczas obu wojen światowych.

Na zdjęciu: kościół w Miłkach. To najstarsza, bo postawiona w XV wieku, zachowana świątynia na Mazurach. Jednak z tamtej epoki przetrwało tylko prezbiterium, ponieważ resztę spalili właśnie Tatarzy w 1656 roku.