A jeśli nie Wałbrzych, to co?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To nie żart! Wygląda na to, że twórcy nowego Indiany Jonesa rozważali, aby osią akcji piątej części filmowego cyklu były poszukiwania w Polsce hitlerowskiego Złotego Pociągu. Niestety, zmienili scenarzystę i pomysł na film. I raczej nie oznacza to, że od Dolnego Śląska i Złotego Pociągu wolą np. Mazury (patrz zdjęcie) i Bursztynową Komnatę…

Gdyby polscy fani Indiany Jonesa wiedzieli o takim projekcie scenariusza wcześniej, pewnie nie daliby twórcom łatwo zrezygnować. A tak… Pozostanie legenda o niespełnionych przygodach filmowego archeologa w Wałbrzychu – podobnie jak funkcjonuje legenda o Tomaszu Kocie, który miał zagrać przeciwnika Jamesa Bonda.

Powstaje jednak pytanie: a jeśli nie Wałbrzych, to co? Indiana Jones zagubi się w Trójkącie Bermudzkim? A może ruszy na poszukiwanie zaginionego kontynentu? Kto wie, czy nie natrafi na Cthulhu? Ku rozpaczy przynajmniej jednego mojego znajomego, nowa część na pewno nie będzie tak „oryginalna”, by opowiadać o Rzymianach zabierających rowerami dinozaury na Księżyc (sorry, Michale J.).

Podsumujmy, co wiadomo było o nowej części, dopóki nie gruchnęła pogłoska o porzuconym Złotym Pociągu:
1) Akcja ma rozgrywać się po wydarzeniach z „Królestwa Kryształowej Czaszki”. Pytanie, ile lat później? Bo jeśli filmowy Indiana ma być w wieku Harrisona Forda, to pod koniec nowej części mógłby… stanąć w kolejce do kina po bilet na „Poszukiwaczy zaginionej Arki” (1981)! Prawdopodobnie jednak przeskok w czasie nie będzie aż tak duży. Według Spielberga akcja piątej części rozgrywać się będzie w latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych.
2) W 2010 roku pojawiły się doniesienia, że miejscem akcji może być Trójkąt Bermudzki. Ale twórcy wciąż mówią, że szukają idealnego „MacGuffina”, jak slangowo określają artefakt, którego ma poszukiwać Jones i który ma być motorem akcji.
3) Nowy film ma ponoć „wrócić do źródeł”, cokolwiek miałoby to znaczyć.

Niezależnie od tego, twórcy filmu muszą również wziąć pod uwagę względy czysto komercyjne, a więc:
a. Temat powinien „sprzedać się” na całym świecie (i nie wywołać protestów, np. religijnych).
b. Temat nie może być zupełnie obcy dla Amerykanów.
c. Wiele ciekawych tematów „zużytych” zostało w komiksach, książkach i grach o Indianie (np. Atlantyda, Włócznia Przeznaczenia, laska Mojżesza, grób pierwszego cesarza Chin, kamień filozoficzny, Wyspa Wielkanocna, Stonehenge). Nie zapominajmy też o wątkach wykorzystanych w kronikach młodego Indiany Jonesa. I o scenariuszach wcześniej odrzuconych (np. z Fontanną Młodości i ogrodem z owocami nieśmiertelności) lub takich, które okazały się fejkami (np. z Sowietami szukającymi Arki Noego). Raczej nie będzie do nich powrotu, chociaż kto wie…
d. Ważny jest charakterystyczny, dobrze zdefiniowany i nie nazbyt groteskowy przeciwnik.
e. Świetnie sprzedają się opowieści o ratowaniu świata.
f. Każdy nowy film musi starać się „przeskoczyć” poprzednie – i filmową konkurencję („Mumia”, „Tomb Raider”) – pod względem atrakcyjności.

Uff, skoro uświadomiliśmy sobie to wszystko, spróbujmy wejść w skórę hollywoodzkich scenarzystów. Oto kilka propozycji. Zobaczymy za dwa lata, jak bardzo się pomyliłem…
I) „Powrót do źródeł” mógłby oznaczać wykorzystanie po raz kolejny tradycji judeochrześcijańskiej (Arka, Graal). Tylko jaki nowy „MacGuffin” z niej wyszperać? Zwoje znad Morza Martwego? Eden? Kopalnie króla Salomona? Trochę czuć odgrzewanymi kotletami.
II) A może „powrót do źródeł” to – szerzej – po prostu powrót do tematyki antycznej i
śródziemnomorskiej? Może Jones poszuka grobu Aleksandra Wielkiego? Tylko co, zagrażającego światu, miałby w nim znaleźć? Opowieść raczej na wstęp do właściwego filmu…
III) Ale jeśli zsumujemy Trójkąt Bermudzki, lata sześćdziesiąte i fakt, że zwykle filmy o Indianie miały polityczne tło (rywalizacja z Niemcami lub Sowietami), to kuszące byłoby osadzenie akcji na Karaibach w czasach kryzysu kubańskiego. Wtedy, gdy świat stanął na krawędzi wojny atomowej. W filmowej rzeczywistości mogłoby się okazać, że Moskwa i Waszyngton skoczyły sobie wtedy do gardeł wcale nie z powodu Kuby i Fidela Castro, lecz… czegoś na dnie Morza Sargassowego, w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. Co to może być? Jakaś zaginiona cywilizacja? A może Wielcy Przedwieczni?! Mitologia Cthulhu, stworzona przez H.P. Lovecrafta, jest wielce popularna i bardzo amerykańska. A przed takim monstrualnym przeciwnikiem Jones jeszcze świata nie ratował!
IV) Inne rozwiązanie. Poszukiwanie jakiegoś mitycznego zaginionego kontynentu. Na Atlantyku lub na Pacyfiku. Kontynentu, który został zatopiony albo zamarzł tysiące lat temu i stał się źródłem opowieści o Atlantydzie, Mu itp. O Atlantydzie była już wprawdzie gra komputerowa, jednakże film mógłby potraktować tę legendę tylko jako punkt wyjścia do innych poszukiwań.
V) Indiana mógłby uratować jakiś skarb podczas chińskiej „rewolucji kulturalnej” w latach sześćdziesiątych. Sęk w tym, że władzom ChRL raczej by się to nie spodobało. No, może przeszłoby jako fajna krótka przygoda na rozpoczęcie filmu…
VI) Kongo, lata sześćdziesiąte. Czas puczów, zamachów, najemników. W tej niezwykłej scenerii Jones musi odnaleźć – no właśnie, co? Ostatnie żyjące dinozaury, krewnych potwora z Loch Ness? A może raczej zaginione biblijne kopalnie króla Salomona?
Albo rajski ogród? Oj, chyba zboczyłem w stronę pkt. I)…
VII) Na koniec najbardziej kuriozalny pomysł. Jones jako konsultant podczas misji Apollo. Na Księżycu zostaje odkryte coś osobliwego, a siwy Indiana zamienia się w pierwszego kosmicznego archeologa. Tyle że pachnie to kolejną „Kryształową Czaszką”!

Mam nadzieję, że nowy scenarzysta pozytywnie wszystkich zaskoczy. A dla tych cierpliwych, którzy dotarli do końca wpisu, polecam na deser wycięte, „spalone” i zakulisowe kadry z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”. Wypatrujcie peryskopu!