O bzdurności rankingów

DSC02992

Zamiast w majówkę relaksować się na świeżym powietrzu, wypatrzyłem na pewnym telewizyjnym kanale muzycznym ranking 100 najlepszych zespołów w historii. Połknąłem haczyk. Program z teledyskami trwał już parę godzin, a włączyłem go akurat w takim momencie, że ujrzałem w akcji grupę Led Zeppelin – poza pierwszą dwudziestką listy! Zdębiałem, a potem szybko wyłączyłem telewizor, jakbym bał się, że zaraz wybuchnie.

Musiałem odetchnąć na zewnątrz.

Kiedy wróciłem do siebie, nabrałem odwagi, by zerknąć na stronę internetową owej stacji muzycznej i sprawdzić spisane pełne notowanie feralnej listy. Okazało się, że niewiele wyżej od Led Zeppelin sklasyfikowano tam samych The Beatles, a wyprzedziły ich takie tuzy jak Modern Talking, Scorpions czy Bon Jovi! Zacząłem zastanawiać się, w czym są lepsze te gwiazdy. W liczbie sprzedanych płyt? Nie. W liczbie wylansowanych przebojów? Wolne żarty. W talentach muzyków? Skądże. To może chociaż w wielości wywoływanych skandali? Także pudło.

I tak doszedłem do wniosku, że we wszelkich rankingach najistotniejsze jest, na jakiej podstawie je tworzono. Szkoda, że częstokroć właśnie ta informacja jest najmniej widoczna. Ktoś powie, że się czepiam, bo to przecież tylko ranking cholernych zespołów, a o gustach się nie dyskutuje. Lecz przecież jakiś dzieciak z gitarą mógłby potraktować tę ściemę całkiem poważnie jako historię dziejów rocka i popu. I pomyślałby, że w tym muzycznym Parku Jurajskim żuki z Liverpoolu chowały się przed niemieckimi skorpionami, a bezzębne dinozaury znaczyły więcej od T. rexów.