Historia, której nie było (I)

DSC06979

– Ista quidem vis est! To przemoc! – wykrzyknął człowiek, któremu w idy marcowe 710 roku od założenia Rzymu nagle i brutalnie ściągnięto z ramion togę, a ciało przebito  dwudziestoma trzema chaotycznymi, zadawanymi na oślep ciosami. Kiedy spiskowcy schowali zakrwawione sztylety i rozpierzchli się, usiłując opuścić część teatru Pompejusza, tymczasowo zaadoptowaną pod obrady senatu na czas renowacji Curia Hostilia, czekała ich niemiła niespodzianka.

Marek Brutus – jak powszechnie sądzono owoc nieślubnej przygody ofiary – nie miał możliwości z werwą ogłosić w imieniu wyzwolicieli końca dyktatorskich rządów swego domniemanego ojca oraz powrót republiki. Kaska, który zadał Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi pierwszy cios (na tyle anemicznie, że musiał błagać o pomoc swego brata), przeżył gorzkie rozczarowanie. Cymber, co ściągnięciem togi z ramion ofiary dał sygnał do ataku, był nie mniej zaskoczony. Kasjusz, przywódca spisku, był tak zdumiony, że aż wypuścił spod płaszcza sztylet. Teatr otaczało bowiem wojsko, a wśród wydających rozkazy zamachowcy rozpoznali… sylwetkę wciąż żyjącego dożywotniego dyktatora Rzymu.

Wszystko dlatego, że Gajusz Juliusz wcale nie przekroczył w idy marcowe progu senackiej sali obrad. Po pierwsze z tego powodu, że w nocy jego żona Kalpurnia wyśniła przerażający i najwyraźniej złowróżbny koszmar. Po drugie, kiedy kilku udającym życzliwość wyzwolicielom niemal udało się przekonać Cezara, aby jednak wyruszył na obrady, doręczono mu tajemniczy list. W bezsensownej plątaninie znaków rozpoznał stosowany przez siebie samego szyfr, do którego kluczem była zamiana podanych liter na poprzedzające je w alfabecie o trzy. Tak dyktator dowiedział się w sekrecie o planowanym morderstwie. Po trzecie: symulując, że wyrusza prosto do teatru Pompejusza, udał się do odległej o kwadrans drogi willi, w której gospodarzyła jego kochanka, Kleopatra. Ta natychmiast przywołała ukrywającego się od miesięcy za maską aktora, łudząco podobnego do Cezara. Dobrze przygotowany, ucharakteryzowany i wyćwiczony, świadom był tego, co go czeka. Taka była cena niemal królewskiego życia, na jakie pozwolono mu do czasu, gdy stanie się potrzebny. Zwieńczonego zasiadaniem na złotym krześle, za którym już czaili się mordercy, skrywający swe prawdziwe uczucia pod uśmiechami pochlebców.

Swoje zadanie aktor, którego imienia nikt nigdy nie poznał, wypełnił z mistrzowskim spokojem i iście królewską godnością. Tymczasem prawdziwy Gajusz Juliusz zmobilizował wojsko. W święto Marsa, któremu towarzyszył przegląd armii, nie było z tym kłopotu. Pod teatrem zbrojni szybko rozprawili się ze spiskowcami i chroniącymi ich gladiatorami. Pojmanych wyzwolicieli czekało później więzienie, proces i śmierć. Kilku próbowało odebrać sobie życie, ale Cezar nie pozwolił na takie marnotrawstwo: zabito ich w odpowiednim czasie i w majestacie prawa, w sposób niebudzący wątpliwości, że nie chodzi tylko o zemstę dyktatora, lecz także o interes państwa i głos ludu.

Po obławie pod budynkiem senackim, żołnierze wyłapali na forum klakierów zamachowców oraz plotkarzy, którzy głośno obwieszczali upadek dożywotniego dyktatora. Uspokojono też wielu ludzi z plebsu, którzy zmyleni sprzecznymi informacjami zaczęli wznosić na ulicach barykady, przygotowując się na początek kolejnej wojny domowej.

Nikt nie pomyślał jedynie o Kalpurnii. A urzędowi niewolnicy po prostu zabrali ciało dzielnego aktora i odwieźli do Juliuszowego domu. Kobieta, wciąż pod wrażeniem strasznego proroczego snu, załamała na ten widok ręce i zaczęła bić się w piersi, rozdzierająco szlochając. Jej pierwszą myślą, kiedy fakt śmierci męża stał się oczywisty, było: „ukryć ciało, zanim przyjdą, żeby je zabrać i wrzucić do Tybru, jak czynią z tyranami”. Dopiero wtedy przybył konny, wyprowadzając Kalpurnię z błędu. Ta jednak już nigdy nie mogła pogodzić się z lekceważeniem i bezdusznością, z jakimi ją potraktowano. Tym łatwiej i z tym większą pogardą zaakceptowała kilka tygodni później oficjalne odejście małżonka do egipskiej królowej, która ze swej strony pozbyła się w międzyczasie swego męża-brata.

cdn.